Rozmowa z Markiem Borowskim, senatorem RP. [Projekt „Walka o Zdrowie”]

Marek Borowski z autorami wywiadu Adamem Czakańskim i Kajetanem Hurukiem
Marek Borowski z autorami wywiadu Adamem Czakańskim i Kajetanem Hurukiem

Projekt „Walka o Zdrowie” ma na celu uświadomienie społeczeństwu istotę prowadzenia zdrowego trybu życia. Nasza grupa chce się skupić na młodszej części społeczeństwa, jako że przyzwyczajenia nabyte w dzieciństwie, mają wpływ na nasze zachowania przez całe życie. Dzieci, które aktywnie spędzają czas, mają lepsze wyniki w nauce i lepiej dogadują się z rówieśnikami.

Co chcamy zrobić? W ramach naszego projektu mamy zamiar zorganizować spotkania z ludźmi związanymi ze światem sportu. Ponadto chcemy zorganizować sportowe eventy na których będziemy zwiększać ich świadomość dotyczącą prowadzenia aktywności sportowej i zachęcać do wykonywania ćwiczeń.

Wywiad z Markiem Borowskim – byłym wicepremierem i marszałkiem Sejmu, obecnym Senatorem RP.

Czy sport był dla Pana ważną rzeczą w dzieciństwie?

Marek Borowski: Sport był dla mnie bardzo ważną rzeczą. Trzeba wiedzieć, że dzieciństwo i młodość ludzi, którzy przekroczyli 60 lat, upływały w zupełnie innym czasie. Można powiedzieć, że z jednej strony zakres zajęć, który młody człowiek miał wtedy poza szkołą, nie był tak szeroki jak obecnie. Dzisiaj jest bardzo dużo możliwości spędzania wolnego czasu, łącznie np. z wyjazdami za granicę, nie mówiąc już o telewizji, czy kinie. Inne rozrywki takie jak dyskoteki za moich młodych czasów nie istniały. Sport był więc zatem naturalnym sposobem spędzania wolnego czasu.

Kolejnym aspektem, który odgrywał dość dużą rolę w propagowaniu sportu wśród młodzieży był fakt, iż Polska była krajem dość zamkniętym, oczywiście mniej niż inne kraje socjalistyczne, jednak wciąż nikt nie miał paszportu w domu. Dlatego bardzo wielu młodych ludzi uprawiało sport po to żeby się wybić, a dzięki temu wyjeżdżać za granicę. To była w tamtych czasach dość naturalna droga robienia kariery. Dzisiaj widać zupełnie inną tendencję. Wielu młodych ludzi unika ćwiczenia na WF-ie, załatwiając sobie zwolnienia. Za moich czasów to było nie do pomyślenia. Nawet będąc chorym i z wysoką gorączką, rwałem się do ćwiczeń na WF-ie. Poza tym na terenie całego kraju była obecna duża sieć klubów, klubików, sekcji szkolnych i pozaszkolnych które zajmowały się rozwojem młodzieży pod względem sportowym.

Słynny był tzw. czwórbój lekkoatletyczny. Polska miała w tamtych czasach znakomitą reprezentację lekkoatletyczną, walczyliśmy jak równi z równymi z krajami takimi jak USA czy Rosja. Było to po części spowodowane tym, że podstawowe szkolenie były przeprowadzane już w szkole. Czwórbój lekkoatletyczny polegał na systematycznych zawodach; młodzież konkurowała ze sobą w 4 konkurencjach: bieg na 60 metrów, skok w dal, rzut piłeczką palantową, oraz bieg na 1000 metrów. Zawody te należały do ogólnopolskiej sieci lig sportowych, organizowanych na różnych poziomach: szkoły, dzielnicy, miasta a na koniec kraju. W ten sposób rodziło się wiele sportowych talentów, które były wyławiane i brane na profesjonalne szkolenia. Grałem wtedy w piłkę nożną i siatkówkę, ale najlepszy byłem w biegu na 1000 metrów, wtedy to było ważne, przynosiło prestiż wśród rówieśników.

Czy obecnie uprawia Pan jakąś aktywność fizyczną?

Marek Borowski: W zasadzie nie, od przypadku do przypadku. Od czasu do czasu jeżdżę na rowerze. Codziennie wykonuję również zestaw ćwiczeń siłowych.

Jaka jest Pana ulubiona dyscyplina sportu?

Marek Borowski: Kiedyś grałem w siatkówkę, w pewnym momencie nawet zawodniczo (w II lidze), jednakże kontuzje uniemożliwiły mi kontynuowanie kariery. Bardzo żałowałem przerwania treningów, jest to mój ukochany sport. Musiałem przestawić się na zupełnie inne rzeczy. Dla mnie rywalizacja jest rzeczą bardzo ważną. Sport uczy tego, że musisz być fair, uczy pokory przed lepszymi, a jednocześnie motywuje do poprawy. Obecnie, jako że nie mogę grać ani w siatkówkę ani w piłkę nożną, musiałem znaleźć coś innego, np. bowling. Nigdy jednak nie rezygnowałem ze sportów intelektualnych (szachy, brydż, scrabble). Gram w nie stale, biorę udział w turniejach.

Jak według Pana można zachęcać młode osoby do uprawiania sportu, biorąc pod uwagę liczne alternatywy takie jak gry 
komputerowe?

Marek Borowski: W tej sprawie, jako, że sporo się tym zajmowałem i nadal zajmuje, mam swoją własną teorię. W latach 90-tych byłem posłem nie z Warszawy, a z Piły. To było miasto, trochę zapomniane przez Boga i ludzi. Zacząłem tam działalność promującą sport, a konkretnie siatkówkę. W latach 90-tych jednym z ministrów sportu był Stefan Paszczyk, który wielką wagę przywiązywał do sportu wśród młodzieży. Był on przez dłuższy czas doradcą ministra sportu w Hiszpanii, gdzie podejrzał jak tam rozwija się sport. Hiszpanie rozwinęli tzw. mini sporty: mini-hokej, mini-siatkówka czy mini-koszykówka. Do tego potrzebny był sprzęt i zasady gry, które Paszczyk sprowadził do Polski. Zaczął ten sprzęt rozprowadzać po kraju, a ja sprowadziłem go do Piły.

Kilkakrotnie organizowałem mistrzostwa województwa w siatkówkę. Klasy 3-4 grały dwójkami, a klasy 5-6 trójkami. W szczytowym okresie grało 200 drużyn, każda szkoła czuła się w obowiązku wystawić swoją reprezentację co oznaczało również wcześniejsze wyszkolenie i przećwiczenie tej młodzieży. Ogromną satysfakcję sprawił mi fakt, że kilka lat później w reprezentacji Polski juniorów grało kilka osób z Piły, które wybiły się na owych zawodach. A więc pierwszym krokiem są właśnie takie konkursy, na poziomie szkolnym, dzielnicowym. Trzeba pobudzać lokalny patriotyzm i chęć rywalizacji. Po drugie trzeba tego ducha rywalizacji przenieść do szkoły, klasy mogą rywalizować ze sobą. Można grać w siatkówkę, koszykówkę, nawet w szachy ( nie każdy uczeń dobrze biega i skacze). Na ścianie może wisieć ranking, na którym zapisywane są wyniki. To jest bardzo ważne, szczególnie dla młodych ludzi, którzy mają potrzebę bycia razem, w drużynie. Chcą coś do niej wnosić i dzięki temu zyskać szacunek. Postawienie przed taką drużyną jakiegoś wyzwania sprawia, że ona się integruje. Moim zdaniem takich rywalizacji jest u nas za mało, a przecież to praktycznie nic nie kosztuje.

Czy uważa Pan, że rząd wspiera sport wystarczająco? Czy da się 
zrobić coś więcej?

Marek Borowski: Uważam, że rząd może i powinien wspierać sport dzieci i młodzieży. Czym innym jest oczywiście sport wyczynowy, gdzie dla najlepszych muszą być stypendia. Ja jestem zwolennikiem tezy, że jeśli mamy dobrze rozwinięty sport masowy, będziemy mieć również dobrze rozwinięty sport wyczynowy. Często mówi się, że sukcesy odnoszą tylko kraje ubogie w których dzieci nie mają innych możliwości wybicia się. Moim zdaniem to nie jest prawda. Weźmy np. Holandię, Szwecję czy Szwajcarię. Bez wątpienia kraje bogate, a mają spore sukcesy w sporcie. A więc to nie jest tak, że młodzież wybiera sport bo nie ma co robić. Wybiera sport ponieważ jest on tam bardzo popularny. Mają tam doskonale rozwiniętą infrastrukturę, po południu można pójść i pograć. Holendrzy stworzyli też dużą sieć drobnych sekcji. W krajach Skandynawskich uprawianie sportu jest rzeczą naturalną, ludzie biegają wieczorami.

Wspieranie sportu dzieci i młodzieży jest absolutnie konieczne, a moim zdaniem dajemy na to zdecydowanie za mało pieniędzy. Zresztą widać to po instruktorach, to są bardzo często pasjonaci, którzy i tak wykonują kolosalną pracą. Ja współpracuję w Warszawie z kilkoma sekcjami i klubami i widzę jakie są braki w wyposażeniu i w sprzęcie. Na obiekcie sportowym musi być porządny prysznic, szatnia, bufet – nie wspominając już o sprzęcie. Są takie programy, co pewien czas ogłaszane i organizowane przez rząd, ale środki na ich przeprowadzanie są zbyt skromne.

Są również organizacje pozarządowe które się tym zajmują, jedną z nich prowadzi były sprinter Marian Woronin, jeden z najszybszych biegaczy w historii sportu. Prowadzi on fundację, która kontynuuję ideę czwórboju w postaci tzw. czwartków lekkoatletycznych, oczywiście w ramach posiadanych środków. Tacy ludzie powinni być zdecydowanie bardziej dofinansowywani dlatego, że oni po prostu się na tym znają. Nie mówię tego oczywiście w tonie pretensji tylko do obecnego rządu, sprawa ta była zaniedbywana przez każdy dotychczasowy rząd, który zawsze stawiał sprawy sportu na ostatnim miejscu. I nie chodzi tylko o sukcesy i narodową dumę. Chodzi również o sprawy zdrowotne. Dzieciaki uprawiające sport nie palą, nie zajmują się narkotykami, to są także ogromne oszczędności budżetowe, nie mówiąc już o względach społecznych. Uczą się również współdziałania w grupie, stawiają sobie cele które potem realizują. Poruszają się potem też inaczej w życiu. Jest to bardzo istotna kwestia, dlatego środki wydawane na promowanie sportu wśród młodzieży powinny być zdecydowanie większe.

Rozmawiali Kajetan Huruk i Adam Czakański