Przygoda w mieście, które nigdy nie śpi

Pierwsze co od razu rzuciło mi się w oczy po wyjściu z samolotu po dziewięciogodzinnym locie przez Atlantyk to wszechobecne kontrole wszystkiego i wszystkich. Swoje paszporty i wizy musieliśmy pokazać co najmniej cztery razy pod rząd, za każdym razem innemu strażnikowi, zbierali nasze odciski palców, robili nam zdjęcia i zadawali pytania o cel podróży.

Metrem do betonowej dżungli

Kiedy już szczęśliwie pokonaliśmy wszystkie kontrole bezpieczeństwa i udało nam się wreszcie opuścić lotnisko Kennedy’ego, kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła było nowojorskie metro. Wyobrażałam je sobie wcześniej zupełnie inaczej, myślałam, że wygląda podobnie do tego w Londynie czy Paryżu, tymczasem londyńskie metro w porównaniu z tym można spokojnie nazwać luksusowym. Nie powinno mnie to jednak dziwić biorąc pod uwagę ilość ludzi, która codziennie podróżuje nim do domu i pracy – według niektórych źródeł metro jako swój środek transportu wybiera dziennie ponad 4 miliony nowojorczyków.

Las wieżowców

Bardzo zapadł mi w pamięć moment wyjścia z metra, kiedy pierwsze co pomyślałam, to że wszystko tutaj jest po prostu za duże. Budynki, samochody, ludzie – wszystko było ogromne. Mieszkaliśmy w centrum Manhattanu, gdzie wieżowce wyrastają z ziemi w podobnej odległości od siebie jak drzewa w Wilanowie i muszę przyznać, że na początku było to nieco przytłaczające. Nowy Jork nie jest tak zwyczajnie, klasycznie piękny jak wiele dużych miast europejskich. Jest niesamowity, kompletnie inny, różnorodny, głośny i brudny. Przebywając w nim człowiek naprawdę ma wrażenie jakby znalazł się w ulu albo mrowisku.

24km po Manhattanie

Drugiego dnia od przylotu, który był naszym dniem wolnym, przeszliśmy na piechotę prawie cały Manhattan, pokonując łącznie odległość około 24 kilometrów. Nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić co najbardziej zapadło mi w pamięć, ale wśród faworytów są na pewno Soho, ze swoimi charakterystycznymi domami z czerwonej cegły i zewnętrznymi schodami pożarowymi, the High Line, czyli linearny park zbudowany na zabytkowej linii kolejowej, z którego roztacza się przepiękny widok na miasto i na koniec Brooklyn Bridge, z którego widok zapiera dech w piersiach (co niestety wiąże się z tłumami turystów).

Ciekawym miejscem na mapie Nowego Jorku jest też sam Central Park, wielka oaza zieleni w centrum metropolii. Central Park to zdecydowanie najbardziej przyjazne miejsce na tej pustyni betonu i widać, że jest to opinia nie tylko turystów, ale także samych nowojorczyków, którzy chętnie wybierają się do parku na poranne spacery czy pobiegać.

Szalone tempo

Spacerując po centrum Manhattanu miałam dość mieszane uczucia – byłam jednocześnie zachwycona, ale i przerażona ogromem otaczających mnie budynków. Bezpieczniej poczułam się dopiero na Brooklynie, gdzie ludzie uśmiechają się do siebie na ulicach, domy mają w miarę normalne rozmiary i życie wydaje się płynąć trochę wolniej. Tempo życia nowojorczyków jest niewątpliwie szalone i widać to na każdym kroku. Pomimo życia w ciągłym pośpiechu są bardzo otwarci, przyjaźni i serdeczni. Nie odmawiają pomocy i chętnie zagadują do obcych, a w szczególności do turystów. Jest to naprawdę godne podziwu patrząc na to, że mieszkają w miejscu trudnym do życia.

Pomimo wszystkich swoich wad Nowy Jork bez wątpienia jest niesamowity. To jest właśnie słowo, którym już zawsze będę go opisywać – nie jest piękny, nie jest przyjemny ani przyjazny (w przeciwieństwie do jego mieszkańców), ale jest po prostu niesamowity. Mam wrażenie, że wszystko tam zostało zbudowane tak, żeby robiło jak największe wrażenie. Jeśli taki faktycznie był zamysł, to bez wątpienia się udało.

MUN w ONZ

W samej konferencji MUN najbardziej ekscytującym momentem było rozpoczęcie odbywające się w siedzibie ONZ. Warto było stać ponad godzinę w ogromnej kolejce, aby przeżyć coś takiego. Mogliśmy przez chwilę poczuć się jak prawdziwi delegaci ONZ, a także posłuchać inspirujących historii zaproszonych gości.

Siedząc w sali nadal nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Obrady w komitetach zaczęliśmy już pierwszego dnia wieczorem, przez co zakończyły się one około północy. Nie był to chyba najlepszy pomysł – wszyscy byli bardzo zmęczeni i to odbiło się negatywnie na efektywności dyskusji. Nie mieliśmy nigdy wcześniej do czynienia z takim sposobem prowadzenia obrad – wyglądało to zupełnie inaczej niż wszystkie MUN-y, w których mieliśmy do tej pory okazję uczestniczyć.

Nietypowa organizacja

Po pierwsze, obrady większości komitetów rozpoczęły się od głosowania na jeden z dwóch tematów, które miały być omawiane. Kiedy ustaliliśmy już, o którym temacie będziemy debatować, nie przeszliśmy tak jak zwykle do czytania position papers (pozycji swojego kraju na dany temat), lecz od razu otwarta została lista krajów chętnych do wygłoszenia krótkiej mowy z propozycjami rozwiązań danego problemu. Kolejna kwestia to podwójne delegacje – na większości MUN-ów w każdym komitecie dany kraj reprezentuje tylko jedna osoba. W moim komitecie, w którym byłam razem z Karoliną Kostrzewą, wybrany temat brzmiał „Maritime Contention in the South China Sea”. Jako Bahrajn nie miałyśmy może decydującego głosu w sprawie rezolucji do tego konkretnego tematu, ale za to w dwóch innych komitetach naszym kolegom udało się nawet być sponsorami.

Jedno z najciekawszych doświadczeń

Nigdy nie spotkałam się z taką ilością osób w jednym komitecie na MUN-ie, co z jednej strony stwarzało możliwości poznania wielu młodych ludzi z całego świata, ale z drugiej uniemożliwiało zadawanie pytań delegatom po zakończeniu ich wypowiedzi. To kolejna duża różnica pomiędzy nowojorskim MUN-em, a naszymi polskimi i myślę, że to była jednocześnie jego największa wada. Dyskusja odbywała się bardzo szybko i trzeba było cały czas być skupionym, żeby nadążyć i móc w odpowiednim momencie przedstawić swoje zdanie, co bywało dosyć wyczerpujące. Zmęczenie nie przeszkadzało nam jednak w wieczornych spacerach po Nowym Jorku, które robiliśmy prawie codziennie.

NHSMUN z całą pewnością mogę zaliczyć do grona najciekawszych doświadczeń w całej mojej edukacji. Myślę, że warto było zobaczyć jak wyglądają debaty prowadzone w tak dużym gronie, podpatrzeć jak wygląda organizacja tak ogromnego wydarzenia i przede wszystkim poznać młodych, pełnych zapału ludzi z całego świata o podobnych zainteresowaniach. Takie doświadczenie jest bez wątpienia niezwykle przydatne na przyszłość i przynosi dużą satysfakcję. Ja osobiście cieszę się również, że zobaczyłam wreszcie miasto, które naprawdę nigdy nie śpi.

Julia Juchno