„Pianie kogutów, płacz psów” Wojciecha Tochmana – recenzja


Przystanie łodziowe w Tatai (Fot. Tomasz Dobkowski)

Jak to jest mieszkać w kraju, przez który w ciągu ostatnich 50 lat wciąż przetaczały się różne niepokoje i traumatyczne wojny, kaci nigdy nie zostali ukarani i nadal żyją wśród ofiar, a publiczna opieka zdrowotna właściwie nie istnieje? Na te trudne pytania próbował odpowiedzieć reportażysta Wojciech Tochman w swojej najnowszej książce, która stanowić miała część cyklu o codziennym życiu w tych miejscach na świecie, w których doszło do ludobójstwa. Poprzednie reportaże mówią o Bośni i Rwandzie, tym razem autor wybrał Kambodżę.

Niestety próba zakończyła się porażką. Piszę to z przykrością, bo Kambodża to jedno piękniejszych, bardziej autentycznych i fascynujących swoją historią miejsc na świecie. Bywałem tam wielokrotnie i muszę przyznać, że za każdym razem odwiedzane miejsca – zarówno w dużych miastach, jak i na głębokiej prowincji – fascynowały mnie coraz bardziej.
W ostatnią podróż zabrałem ze sobą powieść Tochmana „Pianie kogutów, płacz psów”

„Pianie kogutów, płacz psów” – okładka www.wydawnictwoliterackie.pl
Opis życia Khmerów autor rozpoczyna relacją z wyprawy po kambodżańskiej prowincji, odbytej w latach 2017-2018. Towarzyszył w niej zespołowi psychiatrów-wolontariuszy z Transcultural Psychosocial Organization, którzy odwiedzają pacjentów cierpiących na psychozy, schizofrenię i inne choroby psychiczne. Ich krewni, często pozbawieni podstawowej wiedzy, na czym powinna polegać opieka nad chorym, zamykają ich w klatkach, izolują od społeczeństwa, nierzadko głodzą. Mimo braku funduszy system działa, a chorzy, którzy otrzymują lekarstwa, wracają do równowagi i są w stanie normalnie funkcjonować. Wątek trudnej opieki nad osobami chorymi psychicznie można by rozwinąć, wskazując analogiczne sytuacje w innych miejscach na świecie, w tym także na naszym własnym podwórku. Niestety obrazy ludzi uwięzionych w klatkach, spędzających życie we własnych odchodach i krzyczących z rozpaczy stają się wizytówką Kambodży – autor powraca do nich wielokrotnie, „delektując się” szczegółami i dając nieustanne sygnały, jak daleko takie przypadki sytuują Kambodżę od „prawdziwej” cywilizacji.

Nie tylko prowincja jest przedstawiona przez autora jako miejsce, w którym ludzie zamieniają się w zwierzęta. Podobnie Tochman opisuje również stolicę kraju: Phnom Penh – miasto pełne architektonicznych perełek, zagubionych wśród ulic cudownych ogrodów, miasto tętniące życiem, ruchem i radością, dzisiaj dynamicznie się rozwijające.

W opisach autora Phnom-Penh jawi się jako zatęchła, brudna dziura, w której roi się od szczurów i bezdomnych, wszędzie śmierdzi fekaliami (to słowo, które chyba najczęściej powtarza się w książce) i moczem, a w zaułkach leżą gnijące trupy. Wędrując z książką Tochmana gwarnymi ulicami, obserwując radosne twarze na targach i wokół ulicznych minirestauracji, jakich pełno tam na każdym kroku, nawiązując kolejne przyjaźnie, cały czas miałem wrażenie, że Phnom Penh, które odwiedził autor, i to, które widzę ja, to dwa różne światy.

Czytając „Pianie kogutów…”, można odnieść wrażenie, że autorowi się w Kambodży po prostu nie podoba. Opisując przyjaznych Khmerów (mimo potwornej przeszłości to jedna z najbardziej otwartych azjatyckich nacji!), Tochman wielokrotnie wpada w protekcjonalny i pogardliwy ton – trudno się dziwić, że wobec takiego przybysza mieszkańcy wiosek stawali się oschli i zamykali się na dialog.

Antypatię Tochmana czuć nawet w najdrobniejszych fragmentach tekstu, a także w języku autora, który nawet w tłumaczeniu prostej nazwy „Russian Market” używa deprecjonującego określenia „Ruski Bazar”. Tymczasem jest to jedno z najciekawszych miejsc w stolicy. To tam można kupić niezwykłe, jedwabne szale, piękną ceramikę, pyszne i świeże owoce, ale przede wszystkim spędzić godziny na rozmowach ze sprzedającymi i kupującymi – kiedy wchodzisz w labirynt straganów, czas przestaje istnieć.

Specyficzne w „Pianiu kogutów…” są język i styl. Autorowi często zdarza się strzelać seriami krótkich wypowiedzi – równoważników zdań, przeplatając je długimi i ciągnącymi się frazami, w których łatwo się zgubić. W efekcie tekst jest po prostu męczący.

Na końcu książki Tochman otwarcie przyznaje się do trudności z pisaniem „Piania kogutów…”. Wspomina, że przez wiele lat, kiedy przejazdem odwiedzał Azję Południowo-Wschodnią, nie potrafił tego regionu, a w szczególności Kambodży i jej mieszkańców, zrozumieć. Zastanawiał się nawet nad porzuceniem tematu Azji i przeniesieniem się do innej części świata. Dlaczego nie zaufał intuicji i tego nie zrobił? Tego się nie dowiemy. Na pewno wyszłoby to Khmerom na lepsze.

Jan Dobkowski, MYPic 1