Życie, literatura (3) – Patti Smith

Patti Smith

Nie zdążyłam przeczytać jej Poniedziałkowych dzieci (Just kids), ale Obłokobujanie (Woolgathering) przeczytało się samo od razu, gdy jechałam o świcie pociągiem w kierunku Poznania. Tytuł odstręczał, był zbyt podniebny, natomiast fotografie pokazane w książce przyciągały zwykłością, ziemskością właśnie, wzbudzały zaufanie czasem rozmazaniem konturów drzew i postaci, czasem przypadkowością i absurdem ujęć, zawsze naturalnością, jakimś szerokim gestem, swobodą. Grant Smith, ojciec Patti, w zbyt luźnym płaszczu, jej matka, Beverly, w parku nad wodą, chyba wiosną, lekko odchylona w tył i mrużąca oczy, Patti z rodzeństwem w wannie, jej prababka, Olive Hart, która na zawsze związała ją z pasterzami z gór, ich przodkami. Zwykły wąwóz, taki, jakich wiele, ten przypisany tylko jej dzieciństwu – Thomas’s Field. Niepokojąca droga Rimbauda krótko po deszczu, z plastrami kałuż. Prosty „zółtojasny” mlecz.

Jakże szczęśliwi jesteśmy w dzieciństwie. I jak gaśnie potem światło, przyćmione przez głos rozumu. Wędrujemy przez życie niczym oprawa pozbawiona klejnotu. Aż wreszcie pewnego dnia wychodzimy zza jakiegoś zakrętu i oto klejnot leży przed nami na ziemi, oszlifowana grudka krwi, bardziej rzeczywista niż duch – i lśni.

ps1

Tym „zakrętem” Patti Smith było odwrócenie się od życia, rodzaj melancholii, z której wyzwalała się pisaniem, a „klejnotem” indyjski rubin – „niedoskonały, piękny jak oszlifowana grudka krwi.” Ocean wyrzuca ich wiele na brzeg. Ubodzy Hindusi zbierają je i przy odrobinie szczęścia wymieniają na ryż. Dlatego rubin kojarzy się z „nieszczęściem i nadzieją, przeraża i daje natchnienie”. Smith nie wspomina tu o własnym talencie, choć wiele razy jest już blisko, opisując swe podniebne podróże wyobraźni, intensywność duchowych doznań, tańce z tajemnicami, muzykę niebiańskich sfer. A ma talent piekielny.

Nie wiem o niej wiele. Towarzyszy mi raczej z oddali, lecz czuję, że jest i że to coś znaczy. Razem z Philipem Glassem wystąpiła podczas pożegnania Allena Ginsberga w 97 roku. Byli zaprzyjaźnieni. Glass grał na fortepianie swoje kosmiczne ronda, ona czytała bardzo długo tekst Ginsberga, krzyczała nim, z okularami opuszczonymi na koniec nosa. Popatrywała na zebranych ludzi niczym pani profesor, niczym Miłujące Doświadczenie, Ostatnia Powinność. Ze środka buntu przeciw temu, co jest.

Wierzyłam, że oni – ci ludzie – tam są. Słyszałam ich od czasu do czasu, szepczących i szemrzących niczym za ścianą z waty. Słyszałam ich, ale nigdy nie udało mi się zrozumieć języka, w którym mówili, ani zapamiętać melodii, które układali.

I rzeczywiście, czytała jakby Ginsberg był.

Smith dużo i pięknie pisze o rysowaniu, które porzuciła w końcu dla muzyki i poezji.

Trzeszczała i dudniła płyta Ghost Alberta Aylera. Dawała mi dźwiękowego kopa (…). Na podłodze porozrzucane słowniki – hiszpańskie, arabskie… Atramenty i tusze firmy Omas, papier welinowy, płyty ESP ułatwiające doznania pozazmysłowe, święte kadzidełka, upstrzony błyszczącymi plamkami gałganek i Poems of a Millionaire. Rumowisko poetki. Wariacki łup, który często inwentaryzowałam głuchą nocą.

Pisze o cierpliwym kaligrafowaniu słów w obcych alfabetach. Niczym azjatycka buddystka czy żydowski sofer, blisko prawdy, blisko objawienia.

„Ruch” i „zmiana” to słowa z jej alfabetu. „W ruchu jest szczęście. (…) Jedyne, na co możemy liczyć, to zmiana.” Porozumiewa się z odmieńcami, dziwakami, tymi, którzy swej niezależności nie oddaliby nigdy i za nic. Z „wełnozbieraczami”, „obłokobujaczami” – pośrednikami między nami a nimi, tymi, którzy zniknęli, zmarłymi. Zdaje się, choć o tym nie mówi, że jest jedną z nich.

ps2

Marzyłam, by zostać malarką, pozwoliłam jednak temu obrazowi ześlizgnąć się do kadzi z barwnikiem i słodką cukierniczą pianką, a sama w pogoni za słowem biegałam od świątyni do złomowiska. Samotna pasterka, zbierająca strzępy wełny, wyszarpane ręką wiatru z brzucha owcy.

Dość niesamowite. W tym ostatnim zdaniu jest wszystko: i „pasterskie” tęsknoty Smith, i jej odrębność, i „wełnowyszarpywanie” – kotłowanie się, splątywanie wyobraźni, nie wiem, czy nie okrutne też.
Książka Patti Smith została skończona przedostatniego dnia 91 roku, wyszła drukiem parę miesięcy później w wydawnictwie Hanuman Books. „Książeczki [tam] publikowane mierzyły zaledwie trzy na cztery cale i przypominały maleńkie, kieszonkowe modlitewniki indyjskie.” Na prośbę Williama Borroughsa oddała jego czekającej na wydanie książce podwojony ulubiony jego numer dwadzieścia trzy (numer w serii wydawniczej) i zadowoliła się czterdziestką piątką, celnie wyliczającą liczbę jej lat. Uznała to potem za szczęśliwy zbieg okoliczności.

Praca nad [książką] wyrwała mnie z dziwnej apatii, żywię zatem nadzieję, że Obłokobujanie choć do pewnego stopnia napełni także czytelnika podobnie nieokreśloną, niecodzienną radością – pisze Smith we wstępie.

Tak jest. Bo to jest rzecz stojąca po stronie bardzo żywego życia. A w Zaproszeniu: „Zawsze marzyłam, że kiedyś napiszę książkę, niechby i niegrubą, która porwie czytelnika, przeniesie go w inny świat, niedający się zmierzyć ani nawet zapamiętać.” Tak też na pewno jest. I pewnie dlatego tyle tu cytowania i nie ma nic o własnej podróży. Zabieram się do Poniedziałkowych dzieci. Otwieram książkę na chybił trafił, zobaczmy, co tam jest:

„Leciał w kółko Trouble Man Marvina Gaye’a, a ja próbowałam pisać o Arturze Rimbaudzie.”

ap