Z Tomkiem Wińskim o Krzysztofie Krauze

Tomasz-Winski

Kim był Krzysztof Krauze? [zbyt bezpośrednio, ale nie ma alternatywy]
My na pewno tego nie wiemy. [czyżby kropka?]

Zdanie tak banalne i mogło by się wydawać jednoznaczne, a jednak jakimś cudem stanowi idealny początek dla długiej dyskusji. Czy ktoś może poznać drugiego człowieka na tyle, aby móc powiedzieć: Wiem, kim był?

Czekałam na spotkanie z Tomaszem Wińskim przed salą nr 30 i dotarło to do mnie zupełnie niespodziewanie. Nie może.
Pytanie nie powinno brzmieć czy, lecz jak. Zdając sobie całkowicie sprawę z tego, że nawet najbliższe nam osoby, pozostaną dla nas w pewnym stopniu zagadką, wyrabiamy sobie na ich temat opinię, opartą na subiektywnych spostrzeżeniach i urywkach wspólnych wspomnień. Szukanie konkretów w zagmatwanym życiu osoby, która nie może opowiedzieć nam o nich osobiście, to nonsens, w przeciwieństwie jednak do poznania jej wizerunku w oczach osoby postronnej.

Dla każdego Krzysztof Krauze był przecież kimś innym:

Ważnym nazwiskiem w napisach końcowych.
Reżyserem, który przegrał z czasem.
Wiecznie poszukującym artystą.
Goniącym za ambicjami.
Mentorem.

Tomasz Wiński przypatrywał się życiu reżysera przez wiele lat i miał dzięki temu okazję przejść przez wszystkie wymienione powyżej stadia relacji.

Spotkaliśmy się z nim późnym popołudniem we wtorek 11. lutego. Zaczęło się niezręczną ciszą, która raz przerwana przez wspólne siorbanie herbaty, nie powróciła na szczęście przez kolejne półtorej godziny. Pan Tomasz zaczął od tego, że drogi jego i Krauzego rozeszły się już jakiś czas temu. Ponadto, rozstali się w zimnych stosunkach. Przez spotkanie chciał dać wyraz szacunku, jaki żywił do zmarłego niedawno reżysera.

Poznali się zupełnie przypadkiem. Tomasz Wiński kończył liceum, interesował się filmem, kręcił krótkometrażówki, które przypadły do gustu reżyserowi. Niepozorne filmy okazały się przepustką do branży dla młodego pasjonaty. Dostał angaż w Długu jako asystent Krauzego. Dla zupełnie niedoświadczonego licealisty był to zaszczyt, lecz równocześnie skok na głęboką wodę.

Już pierwszego dnia dowiedział się, że na planie nie ma miejsca na krytykę; nie, jeżeli to ty chcesz krytykować reżysera za jego plecami – prędzej, czy później (raczej prędzej) on się o wszystkim dowie. Wydawać by się mogło, że po wywarciu niezbyt pozytywnego pierwszego wrażenia, Krauze nie pozostawi na nim suchej nitki. Tymczasem to właśnie on zaproponował Wińskiemu zdawanie do Praskiej Szkoły Filmowej, w której studia nasz gość wspominał jako niezwykłe przeżycie, mimo iż był to dla niego bardzo stresujący i wymagający psychicznie okres.

Miało być jednak głównie o Krauzem. Szybko przeszliśmy więc do rozmowy o jego twórczości. Szczególnie często pojawiały się w niej tytuły Dług, Plac Zbawiciela, Mój Nikifor, Papusza; najbardziej znane przeciętnemu widzowi. Analizowaliśmy je dokładnie w takiej kolejności, chronologicznie. Tomasz Wiński zwrócił naszą uwagę na zmiany, jakie zaszły w tematach filmów Krauzego.

Pierwsze dwa skupiają się na problemach społecznych, kolejne opisują jednostki. Brutalność rzeczywistości i realizm zostają porzucone na rzecz obrazów sentymentalnych. Według Wińskiego widać tu wpływ zainteresowań żony Krauzego, która zaczęła odgrywać coraz większą rolę w produkcji tychże filmów. W którą stronę poszliby, gdyby mogli dłużej razem pracować? Mieli w planach film romantyczny na tle ludobójstwa w Rwandzie. Coś takiego bardziej „hollywoodzkiego”. Krauze, pomimo licznych nagród, miał wobec siebie wysokie wymagania, był ambitny. Marzył o karierze międzynarodowej, o Cannes, o Oskarach. Chciał być artystą, którego styl byłby rozpoznawalny, tymczasem zabrakło mu czasu, aby samemu go znaleźć.

Półtorej godziny to wcale nie aż tak dużo, dlatego Tomasz Wiński zgodził się odwiedzić nasze liceum ponownie. Zapraszam więc wszystkich na kolejne spotkanie, które odbędzie się jeszcze w tym semestrze.

Monika Olejnik

Spotkanie odbyło się w ramach Interdyscyplinarnego Fakultetu Humanistycznego.